Zamówiłam tę kredkę do oczu przede wszystkim z powodu ceny. Tak, nie ukrywam tego, mam to nawet w tytule bloga: „pod kreską” – budżet, budżet zawsze napięty, niedomknięty, trzeszczący w szwach. A tu 5,99 zł w drogerii internetowej.
Czarna kredka, którą zużywam na masę. No co, lubię smoky eye na każdą okazję. Lubię makijaż wieczorowy na dzień. Lubię pomaszerować po te przysłowiowe bułki na śniadanie i usłyszeć „A Pani to dziś na wesele idzie?” ;-) Nie spodziewałam się zbyt wiele. Jak po facecie poznanym na serwisie randkowym. Wiadomo, pięknie ładnie z opisu, a nie różni się zbytnio od wielu innych. A tak w ogóle, to powiem Wam, że z mężczyzną jest jak z nowymi butami: jeśli od razu ciśnie i uwiera, to nie ma co liczyć na to, że z czasem się dopasuje i rozejdzie…
Co nam obiecuje producent? A między innymi: „our deepest black pigments”, „color glides on smooth and so intense”, “never before 6H of smudge resistant wear”, “No more touch ups”. Czyli w wolnym tłumaczeniu: najczarniejsza czerń, kolor rozprowadza się gładko i jest tak intensywny, nigdy wcześniej nie było sześciogodzinnej trwałości bez rozmazywania, nigdy więcej poprawek. Czerń jak czerń, jak dla mnie wystarczająco czarna, ale nie jak otchłanie piekieł, bez przesady. Kredka rzeczywiście jedzie po powiece jak szef po nowej pracownicy. I tak. Tak, powiem to. Linia wodna to 5, 6 godzin trwałości. Może nie bez poprawek, bo w końcu jestem tą cholerną perfekcjonistką, ale kurcze, patrzę w lusterko, a ta kredka wciąż tam jest! Do tej pory jedynie eyeliner żelowy czy kremowy miał szansę się ostać na mojej linii wodnej tak długo. Jest miękka, ale nie za bardzo, akurat tyle ile trzeba. Da się ją rozetrzeć cieniem. Forma wykręcanego sztyfciku, więc i temperowanie odpada. Nie podrażniła mi oka. Cóż mogę powiedzieć? Rewelacja.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz