czwartek, 3 listopada 2016

Moje ulubione pędzle do makijażu twarzy, czyli czym się smyram po mordce

Dziś po kolejnej dłuuuugiej przerwie coś na temat akcesoriów do makijażu, tzn. moje ulubione obecnie pędzle do twarzy. Jak widać na załączonym obrazku przodują tutaj pędzle od Hani Knopińskiej, dostępne w sklepie internetowym glam-shop.pl. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: są dobrej jakości, niedrogie, trwałe (pod warunkiem odpowiedniej pielęgnacji).



Na pierwszy ogień rzucimy pędzle do podkładu: Glambrush T10 lub zamiennie Ecotools Buffing Brush. Różnią się one kształtem, gdyż Ecotools pomimo nazwy jest właściwie pędzlem typu flat top, a GlambrushT10 to prawdziwy buffing brush, chociaż nietypowy, bo spłaszczony i owalny w przekroju. Obydwa umożliwiają pracę zarówno techniką stemplowania, jak i rozcierania. Cechują się miękkością, delikatnością oraz odpowiednią gęstością. Wykonane są z włosia syntetycznego. Będą odpowiednie do podkładów o różnej konsystencji. Aplikacja fluidu za pomocą tych pędzli zapewnia efekt równomierny, bez smug. Różnica jest w moim odczuciu tylko jedna: pędzel Ecotools pozwala uzyskać lepsze krycie od pierwszego ruchu. Pędzel Glambrush z kolei daje możliwość budowania tegoż krycia, co wymaga poświęcenia nieco więcej czasu. Co kto lubi… Oczywiście zwolennicy konturowania na mokro w tym miejscu wysuną pytanie: „A co z modelowaniem twarzy?”. Myślę, że z powodzeniem można wykorzystać obydwa pędzle do konturowania za pomocą produktów kremowych, aczkolwiek prym wiedzie zdecydowanie Glambrush T10 dzięki lekko skośnej, owalnej główce . Osobiście stosuję kredki firmy Hean i bez kłopotu wpracowuję je w skórę tymi narzędziami.



Dobrze, podkład jest nałożony. Teraz korektor i tu z pomocą przyjdzie pędzel Glambrush O8. Wykonany z włosia syntetycznego, jak jego wyżej wspomniani koledzy, ma ciekawy kształt: zaokrąglony, ale jednocześnie lekko stożkowy. Dzięki temu doskonale zastępuje nasz własny palec. Rewelacyjnie wklepuje, ale i lekko rozciera korektor na partiach skóry pod oczami oraz w rejonach, które chcemy rozjaśnić, np. broda, grzbiet nosa. Nadaje się ponadto do punktowego zatuszowania ewentualnych niedoskonałości kamuflażem, oczywiście uprzednio ogrzanym i uplastycznionym na dłoni.



Przypudrujmy całość. Jestem zwolenniczką „wciskania” pudru sypkiego w skórę miejsce przy miejscu, ale nie lubię do tego stosować gąbeczki. Przetestowałam różne wersje pędzli do pudru i przy obranej technice aplikacji najlepiej sprawdził mi się Maestro 143. To również pędzel syntetyczny; gęsty, miękki, miziasty. Okrągły w przekroju, typu buffing brush. Ładnie nabiera produkt, przy czym nawet jeżeli trochę przesadzimy z ilością to można nim lekkimi ruchami omieść na koniec twarz, aby zdjąć nadmiar pudru.



Wszystkie dotychczas opisywane pędzle są łatwe do umycia, ja stosuję do tego celu mydło szare w kostce Biały Jeleń lub Barwa. Podczas schnięcia nie zmieniają kształtu, osłonki będą tu zbędne. Nie gubią włosia.

Kolejny krok to nałożenie pudru bronzującego na boki twarzy dla jej ocieplenia. Błyskawicznie i bajecznie łatwo nam to wykona pędzel Glambrush T12. Jest to dosyć pokaźny pędzel, jeśli chodzi o wymiary, ale duży może więcej ;). Kształt skośny, owalny w przekroju. Uwielbiam go i mam dwa egzemplarze, na wszelki wypadek.



Jeżeli tak jak ja lubicie dodatkowo podkreślić kości policzkowe chłodniejszym odcieniem bronzera, to spodoba Wam się pędzel Glambrush T8. Pracując bardziej krawędzią pędzla aplikuję bronzer pod kością policzkową, a następnie całą powierzchnią rozcieram ku górze i w kierunku ucha. Przekrój pędzla jest okrągły, a boki obłe co przekłada się na ostateczny efekt: bardzo naturalny, właściwy na co dzień, bez ostrego „podcięcia” dobrego na wieczór lub do zdjęć. Wielkość dla mnie też jest wprost idealna.



Pędzel Glambrush T9 pełni w moim makijażu dwie funkcje: pierwsza to zagruntowanie korektora pod oczami pudrem sypkim, druga – aplikacja rozświetlacza na szczytach kości policzkowych. Do tych celów sprawdza się wyśmienicie. Kształt przypomina dobrze wyrośnięty pędzel do blendowania, taki wyhodowany na odżywkach białkowych ;).



Pędzle Glambrush T12, T8 i T9 zostały wykonane z białego włosia kozy, za czym idą wszystkie atuty i minusy tego typu włosia. Plusy to niewątpliwie dobre „nabieranie” produktu z opakowania i łatwa praca z nim nawet dla mniej wprawnej osoby, bez ryzyka plam. Największy minus to „puszenie się” po myciu i lekka szorstkość pędzla wyczuwalna podczas pracy na skórze. Pędzle te myję również mydłem szarym, ale nakładam na nie na kilka minut nieperfumowaną odżywkę lub maskę do włosów oraz suszę w osłonkach – to niweluje wspomniane wady. Pędzle sporadycznie gubią włoski, co może być nieco irytujące. Już zdarzało mi się odkryć je na twarzy w różnych dziwnych miejscach jak np. brwi ;) lub grzywka (nagminnie). Ale co tam, przynajmniej coś się dzieje, jest życie na dzielni :D.

Na koniec ożywcza mgiełka różu, i tutaj moim faworytem został pędzel Kozłowski CB635-22. Jak widzicie, jest to klasyczny skośny pędzel do różu, dosyć niewielki jeśli chodzi o rozmiary i raczej niezbyt puchaty. Włosie naturalne, nieprzesadnie miękkie. Dla osób preferujących miększe pędzle lepsza będzie wersja E-CB635, czyli wykonanie ekstra. Podczas pracy z tym pędzlem trzeba mieć lekką rękę i oczywiście zdjąć uprzednio nadmiar produktu, inaczej można sobie zrobić krzywdę. Natomiast genialnie aplikuje róż dokładnie pośrodku smużki bronzera i rozświetlacza, łącząc wszystko w zgrabną całość. Dwa ruchy i zrobione!
Pielęgnacja pędzla identyczna jak przy tych wykonanych z włosia kozy, przy czym suszę go bez osłonki. Na początku zdarzało mu się tracić pojedyncze włoski, ale z czasem wypadanie ustało.



I to już wszystko. Może się zdziwicie, że nie umieściłam w tym zestawieniu gąbeczki typu beauty blender czy nie pojawiły się w poście znane pędzle Hakuro, np. osławiony H50. No cóż, nie polubiliśmy się… Jeżeli chodzi o gąbeczkę, to owszem, mam swoje typy i wykorzystuję je w makijażu, ale zdecydowanie rzadziej niż opisane pędzle. O tym w następnym poście :)

Brak komentarzy: