Tusz do rzęs to niezbędnik w mojej kosmetyczce. Względem tuszu nie jestem szczególnie wymagająca, ma mnie w pierwszym rzędzie nie podrażnić, wydłużyć rzęsy i/lub pogrubić (jak dla mnie bez sensu jest malowanie rzęs tuszem, który tylko nadaje im kolor – to sobie można hennę zrobić i mniej kłopotu będzie) i ma się:
NIE XEROWAĆ!
NIE OSYPYWAĆ!
RZĘSY DO GÓRY I NIE RUSZAĆ SIĘ! TO JEST NAPAD!
A nie, stop, sorki, za dużo się naoglądałam ostatnio seriali kryminalnych ;)
Tusze mi się w większości wypadków niestety odbijają na górnej powiece, co jest niesamowicie denerwujące. Wyczarowałam sobie piękny makeup, maszeruję po ulicy i się z nim lansuję, łowię spojrzenia – w moim mniemaniu zachwycone – a po przyjściu do domu i zerknięciu do lusterka jest jak w tym kawałku Elektrycznych Gitar „idzie po ulicy człowiek z liściem na głowie, idzie sobie idzie nikt mu nic nie powie, tylko się każdy gapi”. No, czyli dostarczyłam darmowej rozrywki społeczeństwu. Bosko. Wiem co powiecie: smaruj sobie dziewczyno oko na czarno i nie będzie widać. Może kiedyś w desperacji tak zrobię, czerń aż pod brew, awangarda w natarciu.
Dziś więc post o moich aktualnych tuszach do rzęs. Są to Hean Wild Cat Eyes i Pupa Ultraflex.
Hean Wild Cat Eyes – ma ciekawą szczoteczkę, jak widzicie na zdjęciu tradycyjną, nie silikonową.
Jeśli w nazwie mamy kocie oko, to ja sobie wyobrażam efekt dłuugich rzęs, szczególnie w zewnętrznym kąciku. Tym tropem podążał producent, bo tusz określił jako wydłużający. Na plus koledze zaliczę estetyczne opakowanie (bo mam słabość do panterek i zestawienia czarno-czerwonego). Szczota mogłaby być interesująca, gdyby nie była nieporęczna. Przy pewnej dozie wprawy można się nią jednak posłużyć i nie umalować również skóry dookoła. Nie skleja rzęs. Niestety, na tym zalety się kończą. Przede wszystkim kolor. Teoretycznie czerń. No cóż, ten kot był widziany o zmierzchu, bo „o zmierzchu wszystkie koty są szare”. Dalej. Nie wydłuża. Chciałam, żeby wydłużał. Naprawdę. Nakładałam 3 warstwy (nie lubię nakładać trzech, bo mam wrażenie wtedy, że na oku mi siedzi dorodna gąsienica). Nakładałam inną szczoteczką. Nakładałam zygzakiem i ruchem wahadłowym. Efekt tak się miał do Cat Eyes jak efekt podkolanówek rajstopowych do pończochy. I się xeruje. Może to bardziej kropki niż smugi. A jednak są tam. Widzę je.
Pupa Ultraflex – opakowanie takoż miłe dla oka, w energetycznej czerwieni, złote napisy, ach, ach. A w środku?
Tu z kolei czerń jest rewelacyjna, głęboka, tak czarna jak serce kierownika fabryki odzieżowej szyjącej dla zachodnich marek w Bangladeszu. Wydłuża też pięknie, nie powiem. Jednakże po kilku godzinach zaczynają swędzieć mnie oczy. Długość gdzieś zanika, może tusz się osypuje? Chociaż drobinek na policzkach nie zauważyłam. Szczotka jest silikonowa i tak tragicznego aplikatora dawno nie doświadczyłam. Nie wiem, czy jest to widoczne na zdjęciu, ale on ma dwie dlugości ząbków, teoretycznie jedną stroną nanosimy solidniejszą warstwę, a drugą stroną ją rozczesujemy. To się nie sprawdza. Tusz niemiłosiernie skleja rzęsy, nie ma możliwości, żeby się nie usmarować przy nakładaniu. I kosmicznie wręcz się xeruje. Ze złośliwym upodobaniem zostawia smoliste smugi na górnej powiece. Nawet odrobina wilgoci w okolicach oka to dla niego wspaniała okazja do hojnego rozmazania się. Generalnie lubi się rozprzestrzeniać nieokiełznany we wszelkich kierunkach jak wszechświat w momencie Wielkiego Wybuchu. Jeśli pod wpływem wiatru łzawią Wam oczy, to ten tusz zapewni znalezienie się w centrum uwagi otoczenia i dawkę litości/współczucia (niepotrzebne skreślić).



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz